Są takie wycieczki, na które wyruszam z dokładnie zaplanowaną trasą, wiem, co zobaczę i mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać. Ale są też takie, które zaczynają się od prostego założenia: jedziemy i zobaczymy, co przyniesie droga. Ta 53 kilometrowa wyprawa zdecydowanie należała do tej drugiej kategorii.
Tym razem ruszyłem w kierunku Brzeźniaka, przez tereny, które są dla mnie jeszcze rowerową terra incognita. I właśnie to lubię najbardziej. Człowiek patrzy na mapę, widzi cienką kreskę drogi, a w rzeczywistości może się za chwilę okazać, że ta kreska prowadzi przez leśną ścieżkę, piaszczysty odcinek albo drogę, na której dawno nie widziano samochodu. Nigdy do końca nie wiadomo, co czeka za następnym zakrętem.Tym razem również nie zabrakło takich niespodzianek. Były mało uczęszczane drogi asfaltowe, były drogi polne, a przede wszystkim sporo leśnych odcinków, które dawały prawdziwą przyjemność z jazdy. Momentami trzeba było trochę powalczyć z nawierzchnią, ale przecież właśnie takie fragmenty sprawiają, że zwykła przejażdżka zamienia się w rowerową przygodę.
Najbardziej cieszy mnie to, że po raz kolejny nie zawiodłem się na nieznanej trasie. Zamiast monotonnej jazdy dostałem mieszankę leśnego spokoju, ciekawych miejsc, architektonicznych niespodzianek i małych rowerowych wyzwań. A kiedy jeszcze pogoda postanowiła współpracować, pozostało tylko kręcić pedałami i cieszyć się drogą.
53 kilometry minęły zdecydowanie za szybko. I chyba właśnie to jest najlepsze podsumowanie tej wycieczki. Kiedy wracam z trasy z poczuciem, że jeszcze chętnie pojechałbym dalej, wiem, że był to dobrze spędzony dzień na rowerze. A szczegóły tej wyprawy, wraz z tym, co udało mi się zobaczyć po drodze, pokazuję na zdjęciach poniżej.


































